Tomek Baran - Claustro

Tomek Baran - Claustro


W sztuce abstrakcyjnej zrobiło się ostatnio dość ciasnawo. Z wielu różnych względów. Przede wszystkim dlatego, że już chyba wszystko o niej powiedziano, a niektórzy wręcz postawili na niej krzyżyk. Do tego stopnia, że nazwali ją „zombie”. Może zresztą nie ma co się dziwić takiemu postawieniu sprawy. Nikt nigdy nie słyszał gadającego zombie. Malarze, a szczególnie abstrakcjoniści, też są raczej małomówni, i to, co mają do powiedzenia, po prostu pokazują. Trzeba więc mówić za nich. I tu piętrzą się kolejne problemy. Malarstwo abstrakcyjne to nie malowane historie, narracje czy anegdoty. Nic więc dziwnego, że krytyka artystyczna i historia sztuki od stu lat stawała na głowie, żeby cokolwiek o abstrakcji powiedzieć. Ale język w porównaniu z szerokim gestem malarskim, samą płaszczyzną podobrazia, a nawet śladem pędzla, zawsze okazywał się niezwykle ciasny. Był zbyt wąski i mógł objąć tylko fragment. Być może dlatego w desperacji sięgano po środki ostateczne – kazano abstrakcji bezsensownie oscylować między dwiema skrajnościami: wanna be metafizyką i pustym jak balon estetyzmem. Jak więc opowiadać o malarstwie abstrakcyjnym, żeby nie popaść w dziwaczny mistycyzm, à la Barnett Newman czy Kazimierz Malewicz, albo nudnawy formalizm?

Nie wiemy czy żartem z tej ciasnoty języka (a z nią pewnie idzie też w parze intelektualna ciasnota krytyków sztuki) są ramki, które na ścianie galerii namalował Tomek Baran. (Bo tak to właśnie możemy czytać: proszę się nie wysilać, tutaj są ramki, sam się w nie włożyłem, dziękuję i pozdrawiam). Gdyby więc był to żart, to całkiem udany. Tym bardziej, że nie jest to złośliwy żart bez pokrycia. Tomek Baran, wszystkim, którzy chcą mówić o malarstwie abstrakcyjnym, niebywale ułatwia sprawę. Bo proponuje gotowy, tworzony kilka lat słownik. Jeśli więc ktoś chce mówić o abstrakcjonizmie, a przynajmniej o wariacji na abstrakcjonizm w wydaniu Tomka Barana, to powinien zapoznać się z takimi wyrażeniami jak: farba alkidowo-uretanowa, Hammerite efekt młotkowy, spray z opiłkami brązu, sklejka, stary stół otrzymany od kolegi, znalezione pod domem części mebli, tworzone-własnoręcznie-nieregularne-i-wypukłe podobrazia oraz nocne powroty do domu. Przy pomocy tych kilku terminów (zainteresowanym Tomek Baran zdradzi z pewnością jeszcze kilka innych) można precyzyjnie opisać każdą z dwunastu prac, które zobaczymy na wystawie. Trzeba przyznać, że oszczędność tej terminologii jest niezwykła, a jej elastyczność wręcz uderzająca. Bystrym powinna wystarczyć, a tym mniej domyślnym nie pomogą nawet najmądrzejsze elaboraty.

Łukasz Białkowski